środa, 30 stycznia 2013

Rozdział XXVI




- Shen! – odwróciłem się, gdy usłyszałem swoje imię.

- Roshi? – nie mogłem uwierzyć własnym oczom – Stary, przed chwilą byłeś nieprzytomny…

- Byłem, ale już nie jestem. Sakura potrafi zdziałać cuda. Ruszamy!

~*~

Biegłam za Dotem, przeskakując nad martwymi ciałami. Nie patrzyłam pod nogi, bo w każdej twarzy widziałabym twoją Sheeiren, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Jeszcze przed chwilą w głowie miałam kompletny mętlik. Nie wiedziałam co robić, gdzie, z kim, dlaczego i kiedy. Teraz wszystko stało się jasne: zabić Dota, bez patrzenia się za siebie i myśli o konsekwencjach. Nadal nie oddychałam tak, jakbym sobie tego życzyła. To uderzenie o mur dość mocno wstrząsnęło moim ciałem. Jednak ignorując mdłości przyspieszyłam bieg, o ile było to jeszcze możliwe.

Widziałam sylwetkę mężczyzny, który wbrew pozorom – swojej dużej postury i pewnie wadze ciała również - był bardzo szybki. Moment i znalazł się na schodach, po czym zniknął za wielkimi drzwiami ratusza. Nie zastanawiając się nad możliwym niebezpieczeństwem podążyłam za nim. Starałam się wyczytać coś z jego myśli, lecz umysł miał idealnie zablokowany – jakby przygotowany na walkę ze mną.

Znalazłam się w wielkim, wysokim pomieszczeniu. Sufit utrzymywał się na grubych czarnych kolumnach, które były przytwierdzone do ciemnych paneli na podłodze. Naprzeciwko mnie znajdowało się hebanowe biurko, otoczone długą ladą. Nad nim na ścianie wyryty widniał znak mojej rodzinnej wioski. Ten hol czy przedsionek napawał mnie lękiem. Przez wielkie okna wlatywały żółte promienie słońca, tworząc ogromne cienie. Otrząsnęłam się na widok mokrych, jeszcze świeżych śladów butów na posadzce. Natychmiast zaczęłam biec, kierując się nimi. Pokierowały mnie one w prawo. Dalej skręciłam w lewo, otwarłam przed sobą drzwi i zbiegłam po schodach. Pomieszczenie do którego się kierowałam znajdowało się głęboko pod ziemią, ponieważ dość długo przemieszczałam się w dół. Echo nieustannie towarzyszyło mi przy każdym kroku, przyprawiając mnie o niemałą irytację. Jego pogłos był do tego przerażający, a w dodatku śmierdziało tu stęchlizną i starością. Gdy schody skończyły się, w świetle świec nadal biegłam przed siebie. Ślady były coraz mniej widoczne, co bardzo mi się nie podobało. Po chwili dotarłam do rozwidlenia dróg. Tutaj światło już nie docierało w takim stopniu, w jakim bym sobie życzyła, więc instynktownie skręciłam w lewo. 

No i jak, Maleńka? Coraz bliżej prawdy? Jak bardzo mi cię szkoda.

Anyi znów odezwała się w mojej głowie. Swoją obecnością, jak i tonem wypowiedzianych słów jeszcze bardziej spotęgowała mój strach. Ten korytarz prowadził tylko do jednych drzwi. Bardziej pasuje określenie wrót. Stanęłam przed nimi, aby przyjrzeć się im dokładniej. Były wielkie i drewniane. Wyryte na nich znaki, które spostrzegłam po chwili doprowadziły mnie do gęsiej skórki.  

Były tam wypisane nazwiska, a nad każdym z nich widniał symbol, wyraz lub mały obrazek. Luźno rozsypane po całej powierzchni słowa przyprawiły mnie o dreszcze. Spotęgowały się one jeszcze bardziej, gdy prócz imion zaczęłam czytać dopasowane do nich znaki: zwierzęta, kolory, rośliny lub bogowie. Niektórym przypisane było cierpienie innym tęsknota, radość lub nienawiść oraz jeszcze dużo różnych znaczeń, w zależności od nazwiska. Wzniosłam wzrok do góry i od razu znalazłam nazwiska moich rodziców – znajdowały się na samym środku.

Shinigami
Katon
Tsuchi Shen


Shinigami to bóg śmierci. Katon przy połączeniu z nim oznacza ognistą, niszczycielką siłę i doszczętne spalenie  resztki duszy, która doprowadzona była do strażnika umarłych.


Benzaiten
Doton
Tsuchi Mio

Benzaiten – bogini miłości. Łącząc ją z ziemią, wskazuje na oparcie, schronienie  i azyl.

Gdy przetrawiłam wszystkie, właśnie zdobyte informacje, w mojej głowie powoli zaczęło roić się zrozumienie słów, które przekazał mi kiedyś Roshi. Doto naprawdę kochał naszą matkę… Ocknęłam się nie chcąc szukać kolejnych nazwisk i symboli. Nie miałam na to czasu i po prostu tego nie chciałam… Pchnęłam wielkie wrota, zużywając przy okazji sporo siły. Do moich uszu doleciał odgłos dawno nieoliwionych zawiasów. Weszłam do środka. Drzwi się za mną zamknęły, a ja nadal obolała, zmęczona i zziębnięta stałam w tej samej pozycji. Przede mną rozpościerał się piękny widok. Obszerna komnata tonęła w ciemnościach, a widziałam coś jedynie dzięki świecom. Wszystko było tu zrobione z lodu. Ściany, podłoga, tron, który znajdował się jakieś dwadzieścia metrów ode mnie. Sople zwisające z sufitu lśniły i odbijały promienie tworząc czarujący, zapierający dech w piersiach krajobraz. Lecz nawet dzięki temu nie widziałam za wiele. Nie czułam chakry mojego wroga, nie czułam nic. 

Zaraz się spotkamy, zaraz się spotkamy, czekaaam!

Ruszyłam do przodu, w każdej chwili gotowa do ataku, jak i obrony. Czujnie rozglądałam się na boki. Ślizgałam się po nawierzchni nie będąc pewna swych kroków. Już tuż tuż… Naszły mnie wątpliwości. Czułam się jak małe dziecko, pozostawione na pastwę losu, ponieważ zgubiło mamusię. Prawdę mówiąc to prawda, lecz daleko mi do dziecka, a bliżej do dorosłej kobiety. Nie zmieniało to jednak faktu uderzającego we mnie strachu. Wiesz, gdzie jestem? Tego pytania nie potrafiłam już zignorować. Wiesz?

- Tutaj! – usłyszałam za swoimi plecami. Już miałam się odwrócić, gdy ktoś rzucił w moim kierunku kilka shuriken’ów. Instynktownie wyskoczyłam w górę omijając je.

- Już myślałem, że pójdzie mi tak łatwo – Doto pojawił się w drzwiach. Jakim cudem otworzył je tak cicho?  Spojrzałam za siebie, lecz nikogo tam nie było.

- Pozory mylą, prawda? – syknęłam. Przez całe moje zaaferowanie tymi symbolami i Anyi, kompletnie nie przemyślałam taktyki, jaką mam obrać przeciwko mężczyźnie, za co przeklinałam się w myślach. Do tego okazało się, że walczę przeciwko dwóm wrogom.

- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo – mruknął i zaczął biec ku mnie. Ugięłam kolana, lustrując sylwetkę nadbiegającego napastnika.

- Stój! – krzyknął za mną damski głos. Ku mojemu zdziwieniu Doto wykonał polecenie.

- Oczywiście, kochanie – kochanie?! Co tu się do cholery dzieje?! Stanęłam bokiem do moich agresorów, aby żadnego nie stracić z oczu.

- Oj Kin, moja, mała, słodka, Kin – kobieta ubrana w czarne kimono z maską na twarzy, która pojawiła się po mojej prawej znikąd, zaczęła zbliżać się ku mnie. Zastygłam w miejscu, czując się nader dziwnie, bo tylko jedna osoba zwracała się do mnie w ten sposób.

- Kim jesteś? – warknęłam, nie chcąc pokazać po sobie zaskoczenia.

- Bardzo dobrze mnie znasz. Nazwałaś mnie Anyi – ukłoniła się z gracją wprawionej gejszy. Byłam kompletnie wyprowadzona z równowagi. Mój mózg pękał od nadmiaru zdobytych informacji, a nie mogłam sobie z tym wszystkim poradzić.

- Zdejmij tę maskę – nadal czujnie patrzyłam na Dota, lecz ten jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ciemnowłosą.

- Naprawdę tego chcesz? – spytała zadziornie. Ja już kiedyś słyszałam ten głos, znam go.

- Skończ z tymi gierkami i pokaż mi swoją twarz! – krzyknęłam w jej kierunku. W mojej głowie zaczęła budować się teoria, której nie chciałam wierzyć. Fakty, które łączyły się w całość, odrzucałam.

- Niech rozpocznie się zabawa… - powiedziała zmysłowym głosem, wspaniale się przy tym bawiąc. Czułam, że czas zwolnił, gdy kobieta powoli zaczęła podnosić rękę do góry. Przełknęłam ślinę modląc się, aby moje podejrzenia były kłamstwem. Gdy jej dłoń dotknęła maski, ta natychmiast spadła ukazując mi oblicze … mojej matki. Ja nie wiedziałam co powiedzieć, co myśleć. 

- Mamo? – łzy napłynęły mi  do oczu. Kobieta najbliższa mojemu sercu, która mnie wychowała, nauczyła życia, stoi przede mną cała i zdrowa. Chciałam się do niej przytulić, poczuć charakterystyczny zapach jej włosów i nigdy już tych bezpiecznych ramion nie opuszczać. Lecz w tym momencie ona zaczęła się złowrogo śmiać.

- Mamo? Hahahahah – światła odbijając się od sopli były skierowane na nią, otulając ją żółtą poświatą. Wyglądała jak anioł, który kiedyś mnie opuścił, ale znów zstąpił z nieba aby do mnie wrócić – już dawno nie jestem twoją matką.

- Wytłumacz mi to wszystko – lekko rozluźniłam swoje napięte mięśnie, czekając na wyjaśnienia.

- Ale po co, jeśli cię zaraz zabiję? – w jej ręce pojawił się kunai, którym zaczęła się bawić. Widziała moje wahanie, czerpała z tego satysfakcję – a z resztą. Twój los i tak jest już przesądzony, ale mogę choć trochę ubarwić twoje nudne życie. Prawda, córeczko? – to ostatnie słowo przeważyło szalę. Byłam kompletnie bezsilna w stosunku do niej.

- Kin! – do sali wpadło dwóch chłopaków, którzy wyciągnęli mnie z Kornu.

Roshi stanął jak wryty. Byłyśmy do siebie bardzo podobne, więc ja wyglądałam prawie tak samo, jak ona. Musiał od razu poznać matkę, której zdjęcie chował pod poduszką. Shen zorientował się dopiero chwili, ale również nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

- No nie wierzę! – klasnęła w dłonie - uda mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – z wrednym uśmiechem na ustach i tym samym szaleństwem w oczach, zaczęła się przybliżać w naszą stronę, na co ja wręcz przeciwnie. Cofałam się do momentu, gdy nie wpadłam w ramiona Shen’a, a miałam do przejścia tylko kilka kroków.

- Kim jesteś i co zrobiłaś z moją mamą? – powiedziałam cicho, lecz na tyle głośno, aby kobieta mogła to usłyszeć. Ona kompletnie nie zareagowała na mój głos i nadal kroczyła ku nam, z tym samym wyrazem twarzy.

- Zadała ci pytanie – odezwał się za mną Roshi, widząc moją reakcję na widok matki i całkowite zagubienie, które mnie ogarnęło.

- Przecież powiedziałam, że wszystko wam opowiem, więc po co te nerwy, synku? – mój brat również się spiął. Będąc wychowywanym bez rodziców, żyło mu się ciężej niż mi. Lecz w chwili obecnej, to  ja byłam w gorszym położeniu.

- To może łaskawie zaczniesz – usłyszałam przy uchu głos Shen’a, którego ramiona okalały moje ciało, niczym zbroja wojownika na wojnie. W duchu skuliłam się jeszcze bardziej, na co on tylko mocniej przycisnął mnie do siebie najwyraźniej to wyczuwając. Teraz zdałam sobie sprawę, że ten chłopak poświęciłby swoje życie, aby uratować moje – nie daj się – te ciche, ledwo słyszalne słowa, zostały skierowane tylko do mnie, byłam tego pewna. Ten ton, był zarezerwowany tylko dla mnie.

- Moja Kin ma kogoś? O, jak miło! – ponownie dziś zaklaskała w swoje dłonie z radością – wybacz, ale nie będzie miłej, rodzinnej kolacji – końcówka tego zdania wręcz ociekała jadem. Patrzyłam na moją matkę ze zgrozą, nie mogąc wydusić słowa.

- Mogłabyś przejść do konkretów? – odparł Roshi, który też w najlepszej kondycji psychicznej nie był. Całe jego ubranie pokrywały plamy błota i krwi. Na twarzy tworzył się ogromny siniak. Zaczerwienione miejsce pulsowało, sprawiając mu pewnie dużo bólu. Wbrew temu mój brat miał zacięty wyraz twarzy, ale ja wiedziałam jak jest naprawdę… 

- Charakterny synek mi się trafił! Uwierz, że masz to po mnie, a nie po ojcu – odwróciła się do nas tyłem, posyłając Doto ostrzegawcze spojrzenie. Roshi gotował się w środku, a ze mną nie było lepiej, lecz starałam się tego po sobie nie pokazywać.

- Nie poddawaj się, Kin. Kocham cię, pamiętaj o tym – Shen szeptał mi te słowa do ucha a ja chłonęłam je jak gąbka wodę, chcąc słuchać ich bez końca. Chciałam w nie wierzyć...

- A więc tak – niczym królowa w swoim lodowym zamczysku, usiadła na tronie, patrząc się na nas perfidnie – wszystko sprowadza się do tego,  że muszę was po prostu dzisiaj zabić – mlasnęła z niesmakiem – zdajecie sobie sprawę, jak trudno było obmyślić cały ten plan, żeby sprowadzić was oboje, równocześnie akurat dziś?  – nieświadomie oparłam głowę o Shen’a, chcąc zapanować nad swoimi uczuciami – czas żeby wam to wytłumaczyć, prawda? – znów zaczęła wrednie chichotać, na co my staliśmy niezmiennie w tych samych pozycjach – coś nie macie nastroju do żartów – zmrużyła oczy – ale cóż, poradzę sobie z tym. Wyszłam za waszego ojca dość dawno, nie chce mi się liczyć lat minęło – machnęła ręką, a moje serce rozpadało się na coraz więcej kawałków – Kin, pamiętasz go, musisz pamiętać. A tę wizję, którą ci przekazałam, gdy moi ludzie zarzynali go jak świnię, kojarzysz? – oczy mi się zaszkliły, ale nie miałam odwagi się ruszyć – czyli najwyraźniej tak. Fantastycznie! – uniosła kącik ust do góry – to było po prostu dawno  zaplanowane działanie. Znacie już naszą historię i wiecie, że nie pochodzę z tej wioski. To wasz ojciec się tu urodził, ale nie ja. Gdy się poznaliśmy były osoby, które sprzeciwiały się naszemu „związkowi”. Chociażby Sona, ta głupia starucha – imię mojej babci, dzięki której tak wiele się o sobie dowiedziałam, kobieta aż wypluła z ust. Moje ręce zaczęły się lekko trząść, co starał się zniwelować Shen, lecz z marnym skutkiem – no, ale. Też kiedyś słyszałam w głowie głos, wiesz Kin? Również nadałam mu imię: Ronnie. Ronnie towarzyszyła mi zawsze i wszędzie. Była moją towarzyszką, a potem przyjaciółką. To ona pokusiła mnie o podróż do Lodu, o zapoznanie się z waszym ojcem. Nie chcąc się jej sprzeciwiać podążałam za jej radami, co skończyło się dwójką, wspaniałych i kochanych dzieci – uśmiechnęła się słodko i sztucznie – mój plan powiódłby się już dawno, gdyby nie Doto, który wyekspediował z Yuuki nas wszystkich, prócz ciebie Roshi. Ronnie mówiła, że nie mogę za bardzo rzucać się w oczy. Właśnie dlatego, żyłam w Dźwięku razem z wami, tworząc „szczęśliwą rodzinkę”. Wiesz jakie to było uciążliwe? – podniosła rękę i gestykulowała nią, jakby chciała nam coś tłumaczyć – muszę kończyć tę idiotyczną opowieść? – wyglądała jak małe, znudzone czymś dziecko.

Zapadła grobowa cisza. Słyszałam tylko przyspieszony oddech Shen’a który wprawiał moje włosy w delikatny ruch.

- Bylibyśmy wdzięczni – odparł po chwili Roshi, głosem tak lodowatym, że niejednemu zmroziłby krew w żyłach.

- Dobrze, już dobrze – patrzyłam na matkę, nie mogąc tego wszystkiego zrozumieć – W moim klanie istniała pewna legenda. Mówi ona o przeznaczeniu i roli kobiety w świecie ninja. Wszystko rozpoczęło się od mojej babki. Miała na imię Saratea. Ona jako pierwsza wypełniła warunki zapisane w starej księdze, należącej do naszego klanu od bardzo dawna. Zabiła wszystkich, prócz swojej córki, aby sięgnąć po władzę, jakiej żaden człowiek jeszcze nie posiadał – ziewnęła, nie zdobywając się nawet, aby zakryć usta dłonią – okazało się, że źle odczytała inskrypcję i powinna uśmiercić jedynie swojego syna. Gdy zdała sobie sprawę ze swojego błędu, użyła jedynego daru, który dało jej przeznaczenie. Potrafiła wejść do czyjegoś umysłu i przemawiać do wybranej osoby. Wiesz Kin jak to jest – uśmiechnęła się perfidnie, na co ja zbladłam jeszcze bardziej – tak się zaczęło. Moja matka Eleria miała tylko mnie, więc też coś jej nie wyszło. A ja? Hahahah – ten śmiech powoduje u mnie dreszcze – nie dość, że jest was dwójka, to jeszcze macie potężne umiejętności, po swoim głupim ojcu – gdy kobieta skończyła wypowiadać ostatnie słowo, Roshi używając roku, pojawił się przy niej z kunai przyłożonym do szyi.

- Jeszcze słowo – wysyczał, przez zaciśnięte zęby.

- Nie przesadzaj, synku – i również zniknęła. Mój brat oniemiały stał przez chwilę, ale zaraz znów pojawił się obok nas. Wymienił z Shen’em znaczące spojrzenia - mam kontynuować dalej, czy już możemy się bić? – kucała, przylepiona stopami do wielkiego sopla, za pomocą chakry.

- Mów – powiedziałam, zachrypniętym z emocji głosem.

- Jak zauważyliście, przechodziło to z pokolenia na pokolenie. Moja babka dręczyła moją matkę, matka mnie, a teraz ja ciebie Kin. Taka jest kolej rzeczy kochanie. Czemu im nie wyszło? Po prostu nie trafiły na dobry obiekt - zachichotała.

- Co masz na myśli? – odezwał się Roshi.

- Żadna nie znalazła sobie dość dobrego męża, aby mieć tak silne dzieci, a jeśli znalazła, jak moja matka, to była potem niepłodna. Ja na szczęście trafiłam na ślepo zakochanego we mnie idiotę – zacisnęłam dłonie w pięści i nawet uspokajający chwyt Shen’a mi nie pomagał. Moja matka zeskoczyła na ziemię z gracją kota.

- Zabiłaś mojego ojca. Zniszczyłaś mu życie – odepchnęłam ręce chłopaka i zaczęłam postępować do przodu – zrujnowałaś przyszłość mojej rodzinnej wioski. Uśmierciłaś moją jedyną babkę! A byłaś dla mnie matką! – wykrzyczałam to wszystko na jednym tchu. Dopiero gdy te słowa wypłynęły z moich ust, uświadomiłam sobie do końca ich znaczenie. Matka zniknęła i pojawiła się przy mnie, gładząc po policzku. Stałam oniemiała, nie mogę się ruszyć. Na ten gest Shen natychmiast pociągnął mnie do tyłu.

- Dlaczego posiadasz roku? - warknął mój brat, dla którego również cała ta sytuacja była okropna i dość nie do opisania.

- Dobre pytanie - zniknęła i pojawiła się przy tronie. Usiadła na nim tak, jak poprzednim razem i znów zaczęła mówić - kiedyś miałeś wypadek Roshi. Nie pamiętasz go, byłeś zbyt mały. Spacerowałeś z dziadkiem po wiosce. Uwierz, że jakimś cudem obydwoje zostaliście zabici. Twój dziadek już ledwo dychał, gdy znalazła was Sona, zwracając ci życie, a męża zostawiając na pastwę losu - Roshi stał w bezruchu z zamglonymi oczami - to moja sprawka! - znów ten chichot - całą moc, jaką babka przelała w ciebie, ja dzięki mocy przeznaczenia mojej matki, skopiowałam i pobrałam ją dla siebie. Cała magia! - wstała i kiwnęła palcem na Dota, który niczym  posłużny i wytresowany zwierzak podszedł do niej.

- A on? - rzucił Roshi w stronę mężczyzny.

- Doto? To mój ukochany, z którym wspólnie zawojujemy świat! - to kłamstwo było tak oczywiste, jak to, że 2 + 2 nie równa się 5. On jednak ślepo zapatrzony w moją matkę ignorował ten fakt, na jej korzyść oczywiście. 

- Kogo jeszcze wykorzystałaś?! Wciągnęłaś w swoje nędzne intrygi! Wiesz, ile ja cię szukałam! Ile nocy za tobą przepłakałam! Widok śmierci taty i twojego porwania prześladował mnie wcześniej ,prześladuje teraz i nadal będzie to robił! - wykrzyczałam - zawsze łudziłam się, że uda mi się cię odnaleźć. I co?! Udało mi się, tylko...

- Więc jesteś usatysfakcjonowana, znalazłaś mnie. Możemy skończyć już tę farsę? Mogę już was zabić? - mruknęła znudzona tym wszystkim.


***

Stałem tak, trzymając Kin w uścisku, aby nawet nie ważyła się ruszyć w stronę matki. W tym momencie doceniłem swoją i zacząłem się bardzo o nią martwić. Ujdzie z życiem? Trish'owi uda się ją uratować?

- A dokładnie po co chcesz nas zabijać? - z transu wyrwał mnie głos Roshi'ego.

- Panowanie nad światem od zawsze mnie pociągało. Ja mam kakkei genkai, wy macie kakke genaki, wszyscy mamy kakkei genkai! To klucz do wszystkiego. Wcześniej nie mogłam tego zrobić, ponieważ Kin nie posiadała Roku. Ale teraz? - jak dla mnie to ona już dawno przestała być normalna. Ona jest po prostu chora.

- Aha - powiedziała dziewczyna, ślepo patrząc się przed siebie. Jak bardzo chciałem, żeby przestała cierpieć,  a tak bardzo nic nie mogłem na to poradzić. 

- Doto, weź sobie tego chłopczyka mojej córeczki, a ja osobiście zajmę się moimi dziećmi - mruknęła do mężczyzny, po czym uśmiechnęła się perfidnie - Niech zacznie się zabawa!


***

Odrętwienie, ból, cierpienie, brak wiary. To właśnie towarzyszyło mi w tej chwili. Nigdy nie podejrzewałbym, że poznam moją matkę w takich, a nie innych okolicznościach. Mio gdy skończyła mówić do Dota ruszyła w naszą stronę, w pewnym momencie znikając. Shen natychmiast wskoczył przed Kin, zasłaniając ją własnym ciałem w razie ataku. Ja wytrenowany do granic, jeśli chodzi o roku wyczułem miejsce, w które uderzyć chce matka. Momentalnie zblokowałem nadchodzący cios z prawej strony. Doto wtedy zaatakował Shen'a. Kin stała odrętwiała w tym samym miejscu, z bezsilnością wymalowaną na  twarzy. Ocknęła się, gdy chłopak zblokował uderzenie napastnika.


- Shen! Na niego nie działają jutsu! Możesz zranić go tylko bronią! - krzyknęła. Najwyraźniej coś w niej się ruszyło, gdy dostrzegła niebezpieczeństwo czyhające na najbliższą jej osobę. Gdyby tu była Aya...

- Cóż za zbierzność imion... Nie śpimy, zwiedzamy! - krzyknęła matka składając ręce do pieczęci - kage bunshin no jutsu!

W moim kierunku biegły teraz cztery postacie.

- Kōri to kaminari ni yoru shibō! - usłyszałem za sobą głos Kin, która najwyraźniej dołączyła do walki. Ściany z lodu objęły klony i zniszczyły je natychmiast. Oczywiście oryginał wyszedł z tego bez szwanku. 

- Kaze no tsuyoi kōri! - złożyłem pieczęcie i uaktywniłem jutsu. Wir powietrza ruszył na naszą matkę, aby pokiereszować ją w środku igłami z lodu. Nie przewidziała ona, że jego powierzchnia jest tak duża i o mało co, nie została przez niego pochłonięta. Ucierpiała jedynie jej noga, z której krew kapała dość obficie.

- Ja wam dam, szczyle! - wrzasnęła. Wszyscy we trójkę złożyliśmy pieczęcie do tych samych jutsu.

- Aisumisairu! - nasze kule rozbiły się o siebie na kawałki, więc nie osiągnęły zamierzonego skutku. Zaczęliśmy walczyć dwóch na jednego. Taijutsu wyglądało zapewne wyjątkowo, ponieważ któryś z nas co chwilę znikał, aby pojawić się w innym miejscu. Kątem oka obserwowałem Shen'a, który nieco przegrywał z Dotem. Został zraniony w nogę i bark, co bardzo mu przeszkadzało w walce.

- Arghhh! - krzyknęła Kin, gdy kunai wbił jej się w nogę, a ona sama odleciała o kilka metrów do tyłu. Widocznie również musiała zauważyć sytuację chłopaka.

- Jeden zero - powiedziała matka i znów ruszyła na mnie. Shen widząc Kin dostał nagle o wiele więcej siły i wysłał Dota pod sam sufit. Mężczyzna odbił się od niego i z głośnym dźwiękiem zarył o podłogę. Zdezorientowałem się, co poskutkowało tym samym, co w przypadku Kin. 

- Koe no hakai kōri! - krzyknęła moja siotra, nadal pozostając w siadzie. Wykorzystała idealny moment, ponieważ przed chwilą zbroja mężczyzny uległa zniszczeniu i był on podatny na jutsu. Ja leżałem i patrzyłem. Nie byłem w stanie ruszyć żadną kończyną. Czułem, że mój koniec jest blisko.

*** 
Niech suka poczuje, co to ból! Doto upadł nieżywy na ziemię. Matka rzuciła się na mnie, a ja ledwo wstałam. Widziałam, jak życie przelatuje mi przed oczami. Był to właśnie Shen, i wszystkie miłe wspomnienia związane z nim. Moment poznania, początkowe kłótnie i fascynacja jego osobą. Potrzeba jego obecności i dotyku, w najmniej odpowiednich momentach. Pragnienie usłyszenia jego głosu.Tego tonu, który był tylko dla mnie. Moje dzieciństwo spędzone z rodzicami. ty Sheeiren i wszystkie nasze wypady i spotkania. Znów przed moje oczy powrócił Shen, a dokładniej jego plecy, które były ... realne. Mio wytworzyła w swojej ręce lodowy sopel, który skierowany był na mnie, a przyjął go ... on.

- NIE! - krzyknęłam i wyzwoliłam z siebie całą siłę, jaka we mnie jeszcze drzemała. 

- Walcz Kin. Pamiętaj, że zawsze cię kochałem - powiedział ostatnim tchem Shen, umierający na moich oczach. Zaślepiona tą wizją starałam się użyć ostatniego poziomu roku, lecz na marne. Pozostało mi tylko ledwo...

- Kōri no jigoku de horobiru, 
Anata wa kare o nokoshite aete shinaide kudasai.
Anata wa doko ni zokushite iru, 
Shi wa anata no tamashī o matsu!

To jutsu, zabija przeciwnika, ale również jego użytkownika. Wiedziałam, że to mój koniec. Shen, ten ktory trzymał mnie przy życiu i wybawił od depresji zginął w mojej obronie. Nie pozwolę, by ten czyn się zmarnował.

Moja chakra uniosła nas góry. Robiło się coraz zimniej. Czułam, jak zamarza każda część mojego ciała i nie chciałam tego zatrzymywać. Zrobiłam to dla Roshi'ego, Ayi, dla wszystkich mieszkańców Lodu, dla Shen'a...

Ostatnie co zobaczyłam w mym krótkim życiu to twarz mojej umierającej matki - tej, którą za wszelką cenę chciałam kiedyś uratować...

***

*Kōri no jigoku de horobiru, 
Anata wa kare o nokoshite aete shinaide kudasai.
Anata wa doko ni zokushite iru, 
Shi wa anata no tamashī o matsu!

Giń w lodowym piekle,
Nigdy nie waż się go opuścić.
Tam twoje miejsce
Śmierć czeka na twą duszę


***

To ostatni rozdział na tym blogu. Pozostał mi jeszcze tylko epilog. Mam nadzieję, że was nie zawiodłam, bo dużo pracy włożyłam w tę notkę. Zakończenie dość smutne, ale nie wszędzie muszą być happy endy, nie?
Dziękuję Rinie, Viviene, Naomi, Anayannie, Asoce oraz wszystkiminnym moim czytelnikom.
Bywajcie!






8 komentarzy:

  1. Haah, pierwsza! ^^
    Zaraz, co? WTF? ~ mój wyraz twarzy po przeczytaniu tego oto rozdziału.
    Następnie była złość i smutek.
    Złość? Sama nie wiem dlaczego xD
    Smutek. Wiedziałam, że nie będzie Happy Endu. Ale szkoda, że kończysz tego bloga ;(. Fajnie piszesz.
    Znalazłam literówkę pod sam koniec 'ledno'. Powinno być 'jedno'.
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie.
    Asoka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;)
      Tego kończę, lecz myślę nad kolejnym.
      Lub drugą serią tego? ;D
      Zobaczymy :D

      Dziękuję i pozdrawiam ;)

      Usuń
  2. Dobra, zaczynam czytać :bierze głęboki wdech:
    Mam literóweczki:
    [...]i nigny już tych bezpiecznych[...]
    Powinno być nigdy :)
    [...]Shen zorientował się dopiero chwili[...]
    Zjadłaś ,,po".
    [...]nie chce mi się liczyć lat minęło[...]
    Zabrakło ,,ile"
    Jezu, jak ja bym chciała mieć takiego troskliwego Shena przy sobie... Albo takiego brata jak Roshi...
    Miałaś rację, matka Kin zasługuje na śmierć, na stosie Księdza Natanka xD (Nie mogłam się powstrzymać)

    Właśnie przeczytałam koniec i... Cholera...
    Naprawdę nie wiem co powiedzieć. Chyba wypadałoby coś wspomnieć o Twoich obawach, które były kompletnie bezpodstawne. Koniec opowiadania nie okazał się klapą, był spektakularny i mimo wszystko, warty zapamiętania. Od samego początku, gdy zaczęłam czytać ten rozdział, przed oczami widziałam wszystko, co napisałaś. Czułam się tak, jakbym oglądała odcinek świetnego anime, a nie czytała wspaniały FF.

    Kin umarła, Shen umarł. Mimo wszystko godna śmierć. Jeżeli miałabym wybierać swoją, to wybrałabym właśnie taką - za bliską mi osobę, a właściwie, osoby.

    Nie jestem pewna co do Roshego, gdyż napisałaś, że czuł, że jego koniec jest bliski, aczkolwiek nie wiemy, czy faktycznie umarł. To właśnie o nim mógłby być epilog - jak brat bohaterskiej Kin ułożył sobie życie po śmierci siostry oraz swego najlepszego przyjaciela.

    Tak teraz myślę... Twoja historia mogłaby być legendą. Legendy rzadko kończą się happy endem, więc to idealnie by pasowało. Bohaterska Kin...

    Prawda jest taka, że nie mam problemów z pożegnaniem się, z tym opowiadaniem. Jest to spowodowane tym, że koniec nie mógłby być lepszy. Oczywiście, mogłaś walnąć happy-end, o co zresztą Cię prosiłam, ale teraz zdaję sobie sprawę, że tą prośbą mogłaby rozwalić Ci opowiadanie. Dobrze, że mnie nie posłuchałaś.

    Krótko mówiąc, nie zostawiłaś niedosytu, a koniec jest godny zapamiętania. Myślę, że w wolnym czasie zajrzę tutaj jeszcze raz i przeczytam wszystko od nowa. A może wydrukuję i oprawię w książkę? Czemu by nie?

    Pozdrawiam, życzę weny na epilog, na Kyodai i na nowe opowiadanie, którego nie mogę się doczekać.

    P.S. Dziękuję za podziękowanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co za cudny komentarz *.*
      Roshi - wszystko wyjaśnię w epilogu. Teraz biorę się za poprawianiu błędów tutaj, ponieważ niektóre są cholernie rażące xd
      Moja historia legendą - pasuje mi to :3
      Po prostu nie pasował mi tu happy end. Nie wszystkim musi się to podobać, ale tak wyszło. Miło, że tobie również przypadł do gustu.

      Dam ci znać jak poprawię wszystko xd
      Dziękuję i pozdrawiam gorąco :D

      Usuń
  3. Aaa no nie wierze, w reszcie dodałaś notkę? I to TAKĄ?! No weź zabiłaś ich?! A nie szykujesz może jakiegoś cudownego zmartchwystania w epilogu? ;c
    No kurna, no a liczyłam na szczęśliwe zakończenie..
    W każdym razie rozdział świetny, a końcówka najlepsza.
    Zawsze lubię czarne charaktery, ale chyba sprawdza się to jednak do tych płci męskiej, bo z matki Kin niezła suka! -.- Genialny jest tekst tego końcowego jutsu ;3
    No nic pozostaje mi czekać na epilog, buziaki kochana!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie zmartwychwstanie niestety xd
      Ta matka, jakoś od początku jej nie lubiłam. Musiałam ich uśmiercić, ponieważ nie byłoby końcowego efektu xd
      Trochę siedziałam nad tym tekstem, więc miło, że ktoś to docenił ;)

      Dziękuję i pozdrawiam :D

      Usuń
  4. No i masz, znowu ryczę! Szczerze mówiąc liczyłam na happy end. Ogólnie wszystko mi się bardzo podobało, szczególnie końcówka, była taka uczuciowa! Muszę przyznać, że pewnie jeszcze nie raz wrócę do twojego opowiadania, bo jest naprawdę świetne. No cóż,pozostaje mi tylko czekać na epilog i na kolejne, zapewne świetne, opowiadanie. : D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurwa jego mać! Jak mogłaś zabić mi faceta co? I do tego Kin? Nie! Jak łaknę happy end'ów!

    Notka wyszła Ci świetnie, ale już tęskinie za głownymi bohaterami

    OdpowiedzUsuń